• Jak brać, żeby nie oddać

    Własny innowacyjny biznes można sfinansować z różnych źródeł. Ale pieniądze i ciężka praca to za mało, by osiągnąć sukces – musisz się pilnować, by twój sponsor nie odebrał ci pieniędzy.

    Polsce osób, które przekonują, że mają ciekawe i innowacyjne pomysły na firmę, są tysiące. Tak przynajmniej można wnioskować z tłumów, jakie dzień i noc stały w zeszłym tygodniu w kolejkach pod instytucjami przyznającymi dotacje unijne na własny biznes. Ktoś chciał tworzyć specjalistyczne serwisy usprawniające pracę branży neurologicznej, ktoś inny miał pomysł na aplikację ułatwiającą przepływ informacji między urzędami gmin a firmami.

    Polacy na dotacje rzucili się masowo, bo na rozkręcenie biznesu można było dostać od 20 tysięcy do nawet miliona złotych*. W ciągu trzech dni, podczas których przyjmowano wnioski, zgłoszono blisko dwa tysiące projektów.

    Jeszcze nigdy w Polsce dotacje unijne dla przedsiębiorców (choć przyznawane są od 2004 roku) nie wzbudziły tak dużego zainteresowania. W ostatnim, zeszłotygodniowym rozdaniu kwota, o którą ubiegali się potencjalni biznesmeni, aż dziesięciokrotnie przekroczyła przewidzianą do rozdysponowania pulę 135 milionów złotych. Ludzie zorientowali się, że zdobycie dotacji na innowacyjne e-projekty (to już czwarty taki konkurs) nie wymaga wielkich nakładów pracy, a większość projektów, nawet tych mało innowacyjnych, urzędnicy akceptują.

    Mariusz Gryz, 25-latek z Warszawy, mówi, że przejście przez całą tę procedurę nie było jednak łatwe. Mimo że jest absolwentem prawa, który z językiem formalnym jest za pan brat, jego dokumenty odrzucono ze względów formalnych: – Zabrakło wszystkich potrzebnych informacji. Dopiero za drugim razem, gdy wynająłem specjalistów, w których zainwestowałem 1,3 tysiąca złotych, wniosek przyjęto – opowiada.

    Miłe złego początki

    Samo wypełnienie wniosku, a nawet już przyznanie środków, to jednak dopiero początek drogi do stworzenia choćby niewielkiej firmy innowacyjnej. – O wiele trudniejsza jest sama realizacja projektu – mówi pragnący zachować anonimowość warszawski przedsiębiorca. – Słowa kluczowe to „efekt na poziomie produktów i rezultatu”.

    Co to oznacza? Ano to, że musimy cyklicznie przedstawiać owoce naszej działalności mierzone nie tylko w postaci wyników finansowych. Musimy pilnować założeń. Jeśli we wniosku mówiliśmy o zatrudnieniu 10 osób, to będziemy musieli je zatrudnić – wyjaśnia biznesmen i narzeka dodatkowo na absurdy związane z przestrzeganiem unijnych wymogów: – Jeśli ubiegając się o dotację, założymy kupno komputerów za 10 tysięcy, to choćbyśmy potem mogli kupić je taniej, musimy wydać określoną kwotę.

    Na podobne problemy wskazuje Rafał Han z krakowskiej firmy Han Bright, która od czterech miesięcy wdraża projekt e-learningu językowego dla przedszkolaków: – Jeśli we wniosku mamy zapisany zakup komputerów stacjonarnych, a mamy atrakcyjną propozycję zakupu laptopów, to żeby ją zrealizować, musimy napisać aneks do umowy i czekać trzy tygodnie na jego ewentualne podpisanie – tłumaczy.

    Han ostrzega przed liczeniem na szybkie i terminowe wypłaty dotacji. – Realizujemy projekt od czterech miesięcy, zainwestowaliśmy w tym czasie z własnej kieszeni ponad 400 tysięcy złotych. W tym czasie mieliśmy otrzymać ponad 200 tysięcy z dotacji. Ale przez opóźnienia ich nie mamy – komentuje krakowski przedsiębiorca. Gdyby firma nie posiadała własnych środków, które natychmiast mogłaby zainwestować w projekt, realizacja mogłaby zostać wstrzymana. A to oznaczałoby, że nie wywiązałaby się z realizacji założonego we wniosku przedsięwzięcia. Wstrzymanie inwestycji mogłoby zaś poskutkować odebraniem prawa do dotacji.

    No właśnie, a co jeśli powinie nam się noga i nasza firma w trakcie realizacji projektu upadnie? Albo nie uda jej się zrealizować określonego we wniosku celu? – Wtedy środki trzeba zwrócić – mówi Gryz. – Dlatego większość aplikujących znacznie zaniża efekt, jaki chce osiągnąć.

    Efekty na początku można spokojnie zaniżać, bo urzędnicy na etapie rozpatrywania wniosku nie zwracają uwagi na skalę przedsięwzięcia. Jeśli projekt spełni kryteria formalne i zostanie uznany za innowacyjny, o przyznaniu dotacji zdecyduje jedynie kolejność składania dokumentów. – Bardzo złożony projekt musieliśmy opisać bez uciekania się do terminów branżowych, bo ostrzegano nas, że musi być zrozumiały dla każdego urzędnika – stwierdza Han. To oznacza, że poziomu innowacyjności czy ewentualnych skutków wprowadzenia innowacyjnego produktu nie ocenia żadna grupa specjalistów.

    Ryzykanci w cenie

    Fundusze z Unii to jednak niejedyny sposób pozyskiwania pieniędzy na projekty innowacyjne. Choć „te inne sposoby” (wydawałoby się, że łatwiejsze) także nie gwarantują łatwego zdobycia pieniędzy.

    Młodzi, kreatywni ludzie chętnie wkupiliby się w łaski funduszy działających na zasadzie venture capital (venture, czyli z angielskiego „ryzykowne”), bo te inwestują w nowe projekty największe pieniądze. Może to być nawet ponad osiem milionów złotych, ale w zamian za oddanie partnerowi 35–40 procent udziałów. Fundusze typu venture capital gwarantują nam stabilność działania. Swoje udziały zbywają zazwyczaj w trzy–cztery miesiące po zrealizowaniu założonego wspólnie biznesplanu. I choć w grę wchodzą zazwyczaj duże sumy, warto zabezpieczyć sobie prawo pierwokupu udziałów w firmie.

    – Dla nas ważniejszy od szczegółowego i obszernego biznesplanu jest sam innowacyjny pomysł na zaspokojenie konkretnych potrzeb rynku – mówi Marcin Majewski, członek zarządu firmy BBI Seed Found, która wsparła już kilka ryzykownych pomysłów. – Oczywiście na jego końcu musi być wskazanie sposobu, w jaki razem będziemy mogli na nim zarobić – dodaje. A to z kolei może utrącić nasze marzenia o innowacyjnych projektach.

    Bowiem każda nasza decyzja – od chęci zmiany zarobków po pokusy zreformowania strategii produktowej – może się przecież nie spodobać inwestorowi, który będzie miał wszelkie narzędzia, w tym prawne, by nam owe pomysły wybić z głowy.

    Problemy z członkami venture capital mogą też się zacząć, gdy idzie nam za dobrze. – Jeśli będziemy mieli możliwość poszerzenia zasięgu naszej firmy, wykładając na to niewielkie środki, i to nie z kieszeni inwestora, ale z własnej, możemy usłyszeć, że nasz udziałowiec nie wyraża na to zgody, bo wykracza to poza przyjęty biznesplan – mówi jeden z przedsiębiorców, który realizuje właśnie wspólne przedsięwzięcie z tego typu funduszem. – To absurd, bo przecież zwiększamy rentowność firmy, wycenę przedsiębiorstwa i ryzykujemy tylko własne środki.

    Anioł liczy na zysk

    W Polsce jest kilka stowarzyszeń aniołów biznesu – to zamożni inwestorzy, którzy, doceniwszy jakiś pomysł, wykładają środki finansowe na jego realizację. Największe stowarzyszenie to PolBAN, który może zainwestować w projekt nawet półtora miliona złotych. W tym modelu mamy pieniądz na biznes, ale mamy i wspólnika, który ze swoją częścią udziałów w każdym momencie (na przykład kryzysu lub kłopotów finansowych) może zrobić, co zechce. Aniołowie oficjalnie deklarują, że wspierają wszystkie firmy – z praktyki jednak wynika, że najchętniej inwestują w nowe, dynamicznie rozwijające się przedsiębiorstwa.

    Do PolBAN-u wpływa tygodniowo kilkanaście pomysłów. Pieniądze dostają jednak wyłącznie ci, którzy nie tylko mają pomysł, ale także potrafią go sprzedać. – Podczas spotkań z inwestorami wychodzi na jaw, że są zaangażowani także w inny biznes. A to ich dyskwalifikuje – podkreśla Wojciech Dołkowski, szef PolBAN-u.

    Problem z aniołami jest także taki, że liczą zwykle na duże zyski w krótkim czasie. Ich wyobraźnię rozpalają przykłady z przeszłości. Gdy wykładając kwotę 100 tysięcy dolarów, anioł biznesu Thomas Alberg pomógł Jeffowi Bezosowi zrealizować marzenie o sklepie internetowym Amazon.com, otrzymał zwrot w wysokości 26 milionów dolarów. Anonimowy inwestor, który wspomógł niegdyś Apple Computers, na jednym zainwestowanym dolarze zarobił aż 1692 dolary – zainwestował 91 tysięcy, zainkasował 154 milionów dolarów.

    Unijne fundusze rządzą się innymi prawami: tam oddajesz pieniądze, gdy ci się nie uda. A jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, śmietankę spijasz tylko ty. Dla wierzących w swą szczęśliwą gwiazdę to najbezpieczniejsza droga.

    źródło:

    autor: Marcin Cichoński

  • Angel Capital Association
  • British Business Angels Association
  • London Business Angels
  • Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych
  • Portal Medyczny MEDtube
  • Szukam Inwestora