• Anioły potrzebne od zaraz

    Fundusze i prywatni inwestorzy, którzy wspierają nowe biznesy, są bardzo nieliczni, a na dodatek mocno wybredni. Ale lepsza koniunktura ożywi i ten rynek.

    Dziewiętnastu aniołów na 40-milionowy naród to zdecydowanie niewiele. Nawet gdy nie chodzi o posłańców niebios, ale tzw. Business Angels, czyli zamożnych kapitalistów skłonnych podzielić się swoimi pieniędzmi z początkującymi przedsiębiorcami.

    Biorąc jeszcze pod uwagę, że funduszy venture capital (VC) z krwi i kości jest w Polsce zaledwie pięć – a to one wraz z aniołami biznesu inwestują w projekty warte do 5 mln euro – można nabrać przekonania, iż nawóz finansowy dla młodych przedsiębiorstw to u nas towar mocno deficytowy.

    I tak jest w rzeczywistości, o czym przekonał się każdy, kto szukał wsparcia dla raczkującego biznesu. Wiele jednak wskazuje na to, iż kilkunastu aniołów może się wkrótce zmienić w cały zastęp, a fundusze VC – korzystając z dobrej koniunktury rynkowej – napełnią kieszenie nowymi pieniędzmi.

    Przytoczona na wstępie liczba Business Angels to osoby skupione wokół niedawno powstałego stowarzyszenia PolBAN – Polskiej Sieci Aniołów Biznesu. Z całą pewnością wiadomo jednak, że w Polsce znacznie więcej prywatnych inwestorów wykłada pieniądze na cudze biznesy.

    - To są indywidualiści. Chodzą własnymi drogami i sami decydują o tym, co zrobią – tłumaczy Wojciech Dołkowski, prezes stowarzyszenia PolBAN. Z tego względu wiele osób, które finansują prywatne przedsięwzięcia, nie ujawnia się w stowarzyszeniu.

    Dobrym przykładem jest historia Grzegorza Pindura, jednego z udziałowców wydawnictwa prasowego Ozon Media. Człowiek, który rok temu w wydawanie tygodnika Ozon zainwestował 600 tys. zł, dopiero w rozmowie z Forbesem dowiedział się, iż tak naprawdę jest aniołem biznesu. Chociaż Pindur zajmuje się konsultingiem wykorzystującym narzędzia informatyczne (jest współudziałowcem i prezesem IDS Scheer Polska), to karierę zaczynał na rynku kapitałowym.

    - To ukierunkowało moje zainteresowanie sprawami kapitałowymi w przedsiębiorstwach – wyjaśnia. Już w roku 1998, na starcie działalności w branży technologicznej, Pindur zetknął się z problemem finansowania własnej spółki – rozmowy na temat inwestycji prowadził m.in. z funduszem MCI Management zarządzanym przez Tomasza Czechowicza. Ostatecznie targu nie dobili, gdyż inwestycję kapitałową zaoferował niemiecki partner technologiczny – IDS Scheer AG.

    Po osiągnięciu sukcesu, kiedy przychody IDS zaczęły rosnąć geometrycznie, zapał Pindura do organizowania finansowania dla nowo powstających przedsiębiorstw wcale nie opadł. W roku 2001 próbował uruchomić spółkę produkującą sprzęt hi-fi oraz inną, wdrażającą systemy zabezpieczeń w tzw. inteligentnych budynkach.
    Z tych pomysłów w końcu nic nie wyszło, ale plany sfinansowania konceptów kogoś innego zmaterializowały się przy projekcie Ozonu.

    - Do pomysłu prasowego przekonało mnie zarówno to, że był inicjatywą stworzenia gazety przyjaznej ludziom, o jednoznacznie pozytywnym wydźwięku, jak i sam inicjator projektu Janusz Palikot – podkreśla Grzegorz Pindur.
    Przytoczona historia jest jakby żywcem wyjęta z ust Wojciecha Dołkowskiego, który tak charakteryzuje anioła biznesu: – To ludzie chcący się dzielić tym, co już zdobyli, którzy mają kilka lub kilkanaście milionów złotych. Zwykle zarobili je za granicą, na giełdzie lub w efekcie sprzedaży własnego przedsiębiorstwa. Taka definicja praktycznie wyklucza z „anielskiej” listy ludzi bardzo zamożnych, pojawiających się w zestawieniach najbogatszych Polaków. Zresztą oni sami również nie pchają się do finansowania niewielkich projektów, chyba że są interesujące dla ich własnych przedsiębiorstw.

    Niezłym przykładem jest tu zapalony awiator Leszek Czarnecki. Jego własny pilot podsunął mu ciekawy pomysł. Był bowiem oblatywaczem pierwszego polskiego, a szóstego w Europie certyfikowanego samolotu szkoleniowego wykonanego w tzw. technologii bardzo lekkiej – VLA. Jednak rekomendacja pilota ani własna pasja nie skłoniły Czarneckiego do wyłożenia 2,5 mln zł na uruchomienie masowej produkcji samolotów AT-3.

    Ale nie ma się co obawiać, że bez pomocy multimilionerów małe przedsięwzięcia nie powstaną. Członkowie PolBAN-u sfinansowali dotąd tylko jeden projekt pośrednictwa na rynku ubezpieczeń (jego szczegóły zostaną ujawnione w czerwcu). Ale biorąc pod uwagę, że według ostrożnych szacunków liczba Polaków dysponujących co najmniej milionem złotych sięga 100 tys., takich jak Pindur będzie coraz więcej. Skąd się wezmą?

    Od początku dekady coraz więcej dojrzałych firm prywatnych chętnie przejmują inwestorzy zagraniczni. Powoduje to, że coraz więcej zamożnych Polaków swój majątek liczy już nie w udziałach, ale w gotówce. Jeśli są to ludzie, którzy nie skończyli jeszcze 40-tki lub 50-tki, trudno oczekiwać, że po kilku latach intensywnej pracy tak po prostu zalegną na egzotycznych plażach. Nie chcąc pracować w koncernach należących do kogoś innego, nie będą mieli wyjścia – staną się aniołami.

    Zasoby ludzkie, a raczej ich brak, to sprawa zasadnicza dla drugiego źródła środków finansowych na nowe przedsięwzięcia – funduszy venture capital. Chociaż w ciągu kilku lat ich liczba stopniała z 20 do zaledwie pięciu, to nie w liczbie tkwi źródło słabości sektora.

    - Nie chodzi o to, by funduszy było dużo, ale by były dobre, gdyż tylko takie są w stanie gromadzić środki na inwestycje oraz pomagać, a nie szkodzić firmom, w które zainwestowały – tłumaczy Tomasz Czechowicz, szef i główny udziałowiec giełdowego funduszu MCI Management.

    Aby fundusze mogły przeprowadzać wiele operacji (rocznie 20-40 projektów inwestycyjnych zamiast obecnych kilku), z jednej strony muszą mieć sporo gotówki, z drugiej – liczną i dobrą kadrę. Przy dzisiejszej koniunkturze na rynkach kapitałowych to pierwsze nie jest problemem: wspomniany MCI na przełomie 2005 i 2006 roku zamierza uruchomić kolejny fundusz o nazwie Tech Venture i kapitale rzędu 30 mln dolarów, a sam Czechowicz wierzy w sukces.

    Gorzej jest z dobrymi rękami do pracy. Ten problem staje się palący w sytuacji, gdy VC mają coraz poważniejszych konkurentów w funduszach typu private equity, z założenia inwestujących w większe projekty. Jest logiczne, że robiąc operacje warte nie dwa, ale 20 mln euro, można pracować z lepszymi prawnikami, sypiać w lepszych hotelach, ozdobić głowę efektowniejszym wieńcem laurowym i otrzymać wyższą prowizję. Wielu zdolnych kusi więc, aby na stałe przenieść się z VC do private equity.

    - Dziś w Polsce zaledwie 10-20 fachowców zajmuje się codziennie inwestycjami typu venture capital. Żeby mówić o nasyceniu rynku wielkości Polski, ich liczba winna wynosić 100-200 – uważa Tomasz Czechowicz. Rynek trzeba więc nieco rozkołysać, np. zmieniając formułę funkcjonowania VC. Jeśli fundusz prowadzony jest w formie spółki akcyjnej, zarządzający mają ograniczone możliwości pobierania prowizji za samo prowadzenie funduszu. A to nie motywuje tych zdolniejszych.

    Optymistyczne projekcje co do wzrostu możliwości kapitałowych dla przedsiębiorstw potrzebujących kilku milionów złotych nie uszczęśliwią jednak wszystkich. Zarówno aniołowie biznesu, jak i fundusze VC najchętniej inwestują w branże technologiczne, biotechnologiczne i wszelkie biznesy, w których kluczową rolę odgrywa informatyka. W tej sytuacji przedsięwzięcia starej gospodarki są w trudnej sytuacji. Dla tych, którzy chcą realizować się w tradycyjnym biznesie, szansą pozostaje praktycznie szukanie finansowania u krewnych i znajomych.

    źródło:

  • Angel Capital Association
  • British Business Angels Association
  • London Business Angels
  • Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych
  • Portal Medyczny MEDtube
  • Szukam Inwestora